Blog
Komentarzy: 57
Cześć wszystkim!
Mam nadzieję, że wszystko w porządku u Was! Gdzie skończyliśmy ostatnim razem? Aha, już wiem. Po Australian Open spędziłem trochę czasu z przyjaciółmi, Tomkiem, Maćkiem i Agą. Wzięli mnie na ryby i wyobraźcie sobie, że udało mi się złapać malutkiego rekina. Niesamowite!
Kilka dni później byłem już w Santiago w Chile, żeby wziąć udział w pierwszym turnieju cyklu "Golden Swing". W tym roku turniej odbywał się na innym obiekcie niż przed rokiem, wysoko nad poziomem morza. Ciężko było kontrolować piłki. Przegrałem w pierszym meczu z Fogninim. W deblu doszedłem do finału.
Potem Costa do Sauipe. Wylądowaliśmy w Salvador, które jest oddalone o godzinę jazdy samochodem od miejsca rozgrywania turnieju. Byłem pozytywnie nakręcony, w końcu roku temu dotarłem tam do finału. W pierwszej rundzie obroniłem piłkę meczową i pokonałem Schwanka w trzech setach. W ten sam dzień polegliśmy w deblu. Nazajutrz prowadziłem już z Chelą jeden zero w setach, miałem przełamanie w drugim i... przegrałem.
Kolejny przystanek to Buenos Aires. Tym razem odpuściłem sobie grę deblową, ale przegrałem w pierwszej rundzie z Cuevasem. Ostatni turniej całego cyklu to Acapulco, zdecydowanie mój ulubiony turniej. Przybyłem do Acapulco kilka dni wcześniej, by móc się dobrze przygotować i przywyknąć do warunków pogodowych, żaru z nieba i niesamowitej wilgotności. Zagrałem trzy mecze w singlu, przegrałem dopiero w ćwiartce z Belluccim. Tak samo w deblu. Ludzie z ATP doradzali nam, żeby ze względów bezpieczeństwa nie wystawiać nosa poza hotel i obiekt. Na szczęście było spokojnie. Cały ten czas pomagał mi Martin Fassati.
Przez tydzień byłem w Boca Raton na Florydzie i trenowałem w USTA Center/Chris Evert Academy. Muszę się dobrze przygotować do turniejów Indian Wells i Miami. Jan Stoces i En Yeh (fitness coach) byli i są ze mną... Teraz jestem już w Indian Wells...
Trzymajcie za mnie!
Łukasz















